Chomik może więcej

28
chomik

Od pięciu lat, z chwilą gdy jak chomik z kołowrotkiem zaczęłam zmagania z codziennością macierzyństwa, raz do roku podejmuję nowe wyzwanie.

W pierwszym roku życia Jeremiego postanowiłam wrócić do formy sprzed ciąży. W ciągu 9 miesięcy przybrałam postać małego wielorybka, a waga wskazywała 32 kg więcej niż kiedykolwiek. Po porodzie… wciąż było więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Dieta odpadała, bo karmiłam piersią – postawiłam na ćwiczenia. Łatwo nie było: niemowlak wymagał 24-godzinnego zaangażowania, więc wymachiwałam kończynami podczas mycia zębów i robiłam „brzuszki”, kiedy cały dom już spał. Nie wiem, czy to za sprawą ćwiczeń czy indywidualnych predyspozycji, ale zanim Jeremi skończył rok, nadwyżka wagi wynosiła 1 kg. I tak już zostało.

Kolejne wyzwanie to powrót do pracy. Początkowo – koszmarny. 8 godzin w teorii sprowadzało się do pobytu w biurze, do tego dwie godziny na dojazd i wieczory poświęcone nadrabianiu zaległości, których nie udało się ogarnąć w ciągu dnia. Czułam się jak Syzyf po wypuszczeniu głazu z rąk. Zmęczona i rozdarta pomiędzy odpowiedzialnością stanowiska, którego nie chciałam stracić, a rodziną, dla której ciągle miałam za mało czasu. Pomógł mąż, który przejął część obowiązków i zmiana podejścia. Mogłam być przeciętnym pracownikiem, ale za to będę dobrą matką.

Trzecim wyzwaniem były studia podyplomowe. Próba udowodnienia sobie, że chomik może coś więcej, niż tylko biegać w koło… Wymagało to od nas wszystkich wielu organizacyjnych akrobacji, ale udało się. Ukończyłam jako najlepsza w grupie. Czwarte nieudane – regularne zajęcia zumby – zakończyły się serią rehabilitacji na kręgosłup.

Piąte – najtrudniejsze pod względem psychicznym – wyzwanie trwa od kilku miesięcy. Rzuciłam etat z myślą o dopilnowaniu dziecka, ogarnięciu domu i znalezieniu dodatkowego zajęcia, które być może nie będzie tak intratne jak regularna, stała pensja, ale w ogólnym rozrachunku pozwoli wyjść na plus. Przynajmniej pod względem psychicznym. I choć jest trudno, wciąż wierzę, że świadoma (bądź wymuszona przez sytuację życiową) rezygnacja z komfortowego życia może jednocześnie motywować do podjęcia kolejnych kroków. I robienia nowych rzeczy. Tych małych, ale i tych… wielkich – mam nadzieję. (fot. sxc.hu)

 

Dodaj komentarz

Wypełnienie poniższych pól jest wymagane. Adres email nie będzie publikowany.

  1. Opublikowany przez Matkawariatka

    Osoba aktualnie klikająca, podobnie jak autorka bloga, od kilku lat „zmaga się” z macierzyństwem, ale ponieważ jest to macierzyństwo już podwójne i sprawa dzięki temu nie jest najprostsza, porównałabym się raczej do ośmiornicy regularnie odwirowywanej w bębnie na wysokich obrotach, niż do niewinnie galopującego chomiczka. Sprostanie wymaganiom parki płci zgoła odmiennej oraz oddalonych o 4 lata od siebie w czasie, graniczy niejednokrotnie z cudem. Cud narodzin i pełnia szczęścia przeplata się jak w chałce, z katastrofą dnia codziennego. I nie dajmy się wkręcić, że te uśmiechnięte mamusie na palu zabaw, odpięknione z pomalowanym paznokciem są takie zorganizowane i szczęśliwe. Niejednokrotnie się przekonałam, że za fasadą kryje się sfrustrowane stworzenie, dla którego te pociągnięte lakierem pazurki to ostatni bastion normalności, którego poddanie niechybnie zepchnęłoby je w czyste objęcia obłędu.
    Co wam wszystkim moje drogie mamy chcę powiedzieć? Czego nauczyło mnie moje dziewięcioletnie macierzyńskie doświadczenie? NIE DAJCIE SIĘ ZWARIOWAĆ!! :) Nie musicie być mamą idealną, lub inaczej, każda z was nią jest na właściwy tylko sobie sposób. Macie prawo być zmęczone, wkurzone, szczęśliwe, piękne, umorusane i zasmarkane, bo aktualnie macie doła, lub też tryskać energią i zarażać optymizmem. Dziecko nie musi pytać robiąc wielkie oczy co to telewizor czy tablet, ani jeść na obiad sałatki z rukoli z rybką soute, żebyście były i czuły się dobrą mamą. To wy decydujecie, a nie normy. To wy te normy we własnym domu ustalacie :) Macierzyństwo to podróż i za każdym zakrętem może być pięknie lub strasznie, ale jedziecie w tą podróż razem z partnerem, i z dziećmi, na równych prawach.
    I chociaż coś w tym jest, że twoja praca, jeśli siedzisz w domu z dzieckiem,była „łatwiejsza” niż jego 8 godzin, bo poniekąd sama zarządzałaś własnymi zadaniami i nie stał nad tobą szef, ale jednak za to wisiało na tobie dziecię a praca była na akord bo jakoś nie dało się uprosić latorośli żeby jadła spała i za przeproszeniem siusiała wtedy kiedy mamusia akurat skończy kawkę i kolejny serial. ;)
    Tak więc -jak być może mgliście wynika z moich dywagacji-, MY MAMUSIE TEŻ W DOMU TYRAMY A NASZA PRACA JEST MEGA STRESUJĄCA dlatego nie dajmy się zwariować i domagajmy się same od siebie poszanowania dla własnej nadszarpywanej codziennie psyche.
    Czego się nauczyłam siedząc z dziećmi w domu? Że ja nie jestem mniej ważna niż cała reszta domowników z niemowlakiem na czele. Bobas chce się przytulić, ja chcę poczytać, mąż chce herbatki- żonka żąda kawki, córka projektuje ubranka dla lalek które musisz uszyć – mamusia potrzebuje popiłować w spokoju paznokietki i umalować je na wściekły róż. I MUSI ZNALEŹĆ NA TO CZAS A DO TEGO PRZEKONAĆ DOMOWNIKÓW, IŻ W CIĄGU DNIA ISTNIEJE COŚ TAKIEGO JAK „ŚWIĘTA MAMY GODZINA” i kropka. Całusy dla was wszystkich i dla Blogini-boginii :)